Nie mają nawet dobre gumy.
Była zima, za oknem prószył śnieg, nic niezwykłego o tej porze roku, mimo wszystko drogowcy byli zaskoczeni, ewentualnie było im żal sypać gównianym piaskiem po tym pięknym białym puchu - mnie by było. Śnieg padał całą noc więc wczesnym rankiem było go naprawdę dużo, co bardzo mi się spodobało, nie jeżdżę na nartach, a te piękne warunki trzeba jakoś wykorzystać więc wsiadłem do mojej dużej małej zabawki, wtedy włącza mi się Colin/ Szwecja, to czas kiedy mój samochód wreszcie jest szybszy od innych, właściwie - to jest on wtedy najszybszy. Jadę na zajęcia, tradycyjnie jestem spóźniony więc właściwości te przydają mi się. Jedyna droga prowadzi przez kilka małych wsi ale za to jedną dużą górę, na środku, której to w poprzek stanął autobus, a za nim 100 samochodów i sto pierwszy ja. Spóźniony już dobre 20 minut stoję. Stoję bo skąd chłop w autobusie mógł wiedzieć, że nie wyjedzie na zajebiście wielką, stromą, białą górę autobusem bez łańcuchów, nawet ja bym tam nie wyjechał (wyjechałbym). Po kolejnych 20 minutach gdy już odparowała mi tylna szyba w lusterku zobaczyłem moją naprawdę ładną znajomą z grupy wykładowej, ach jak cudownie byłoby utknąć z nią sam na sam w jakiejś zaspie – pomyślałem. Poprawiłem włosy i nie gasząc silnika wyszedłem się przywitać, po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że na uczelnie jest jeszcze inna droga – prowadzi przez wioski zabite dechami, jest trudna i prawdopodobnie zasypana. Nie wiem czy tylko mnie to ucieszyło ale postanowiliśmy spróbować tej możliwości. Kasia prowadziła, razem z nią jechało jeszcze dwóch moich kolegów i jakieś dwie dziewczyny, za mną zawinął jeszcze jeden znajomy i w ten oto sposób ruszyliśmy nową trasą na uczelnie. Dwie minuty po tym jak ruszyliśmy, autobus jakoś wykaraskał się i zjechał na pobocze, wszyscy mogli jechać dalej o czym oczywiście nie wiedzieliśmy, zresztą ja nawet nie chciałem wiedzieć, spodobała mi się opcja nieco dłuższej wyprawy. Pełnej relacji nie będę opisywał ale gdzieś w połowie drogi zatrzymaliśmy się przed wielką górą - dwoma kołami na lodzie i dwoma na śniegu, generalnie poruszaliśmy się w każdym kierunku oprócz zamierzonego. Próbował Tomek, próbowała Kasia, ja nie próbowałem, stałem sobie grzecznie i tłumaczyłem koledze dlaczego moje opony wyglądają jak letnie, nie jestem pewien ale pewnie dlatego, że kosztowały 60 zł …za cztery sztuki. Znajomi powoli zaczęli się wycofywać, podjechała Kasia, opuściła szybę i powiedziała - My wracamy, zobacz nie wyjedziemy, nie da się, wracaj z nami. Myślę sobie, że innego wyjścia nie ma ale w tym samym czasie z za jej siedzenia, aż przez przednią szybę wychyla się niczym żyrafa albo koń jakiś, jej niekoniecznie równie urocza koleżanka i mówi - ej no wracamy, nie wyjdziesz, zobacz my nie wyjechałyśmy, nawet Tomek swoim dużym nie wyjechał, to ty na pewno swoim nie wyjedziesz. Znajomy, który siedział obok niej słyszał to i chyba wiedział co będzie dalej, przesiadł się do mnie i powiedział - Wyjedziesz, nie? Ja na to - No pewnie. I wyjechaliśmy.